Przemyślenia

O byciu zen, odczuwaniu flow i życiu slow czyli alfabet moich ulubionych trudnych słówek

Od jakiegoś czasu bardzo modne są pojęcia „zen”, „slow” i „flow”. I może jeszcze „minimalizm”, choć nowe słowo „esencjalizm” już depcze mu po piętach.  

Zastanawiałam się, po pierwsze, czy pisać o tym, o czym wszyscy już i tak wiedzą i słyszą dokoła. A po drugie, co jeszcze nowego można na ten temat napisać. Niemniej jednak sama wciąż o tym czytam i ciągle mi mało.

Podoba mi się slow life, wciąż szukam zen, staram się żyć uważnie i czuć radość z tego, co robię. Flow odczuwam kiedy czytam, piszę, tworzę albo zwiedzam piękne miejsca. A życie slow jest całkowicie zgodne z moją naturą i pozwala mi przetrwać w tym szalonym świecie.

Dlatego pomyślałam, że sama dla siebie uporządkuję te stany, żeby przy okazji sprawdzić i wszystko sobie poukładać. I podsumować ile tak naprawdę jest tego flow i slow w moim życiu i jak często pamiętam o zen. A ponieważ najlepiej mi się porządkuję swoje myśli pisząc o tym, co mi w duszy gra, zapraszam do lektury.

Zen

Zen to bycie w jednym miejscu i robienie tylko jednej rzeczy na raz, za to z uwagą, bez niepotrzebnego rozpraszania się. Może to być zarówno medytacja jak i czytanie książki, bieganie lub gotowanie obiadu. Ważne, żeby całkowicie się skupić na danej czynności i wykonywać ją w pełni świadomie.

Zen doskonale sprawdzi się w pracy. Tak bardzo modny do niedawna multiskaning jest wg mnie jedną wielką pomyłką. Nie wierzę w robienie kilku rzeczy na raz i w osiągniecie sukcesu na każdym polu. Może się to sprawdzić w przypadku mało istotnych, rutynowych, szybkich zadań. W przypadku większych wyzwań dużo lepsze rezultaty daje skupienie się na jednym zadaniu i dopiero po skończeniu go, przejście do kolejnego. Inaczej bardzo szybko zaczniemy odczuwać frustrację i niezadowolenie. Mózg będzie przeciążony a nasza praca i koncentracja słabsza. A to już prosta droga do wypalenia. Przetestowałam na sobie, nie polecam.

Robienie kilku rzeczy na raz sprawia też często, że żadnej nie kończymy. Za to jesteśmy rozproszeni i zdekoncentrowani, co oczywiście negatywnie wpływa na efekty.

Flow

Stan flow to stan, w którym całkowicie bez wysiłku wykonujesz jakąś czynność, najczęściej wtedy, kiedy jest ona twoją pasją. Czas przestaje mieć znaczenie. Rzeczywistość dokoła jakby się rozmywa. Jesteś całkowicie pochłonięty tym, co w danej chwili robisz. Nie ma znaczenia, czy mija 10 minut czy trzecia godzina. Nie czujesz zmęczenia ani głodu. Kiedy piszesz, słowa przepływają przez ciebie i tworzą sensowną całość. Nie musisz się zastanawiać jak zbudować zdanie, po prostu piszesz. Kiedy przemawiasz, słowa same układają się sensowne wypowiedzi, które wywołują w słuchaczach poruszenie albo radość, emocje, na których ci zależy. Kiedy bawisz się z dzieckiem, wszystko inne przestaje istnieć. Przez chwilę sam jesteś dzieckiem. Tak samo jest z każdą czynnością, którą wykonujesz z pasją. Z malowaniem, rzeźbieniem, robieniem analiz, tworzeniem prezentacji, projektowaniem ogrodów itd… Flow odczuwamy najczęściej wtedy, kiedy wykorzystujemy nasz naturalny talent, nasze zdolności.

Slow

Muszę przyznać, że jestem niepoprawną fanką życia slow (więcej piszę o tym tutaj). Lubię celebrować chwile, chłonąć piękno, zatrzymywać czas. Niezależnie od tego, czy to jakiś zapierający dech w piersiach widok, piękna muzyka, wzruszająca scena czy jakaś wyjątkowa relacja, którą mam okazję obserwować.

W dzisiejszym pędzącym świecie niemal wszystko jest na wczoraj, bierzemy na siebie mnóstwo obowiązków, staramy się być super w każdej roli. Takie czasy, takie tempo. Trzeba się wykazać, udowodnić, że sobie świetnie radzimy, że skoro inni mogą to ja też. Nie wolno zostawać w tyle, rezygnować. Zwyczajnie trudno jest żyć wolniej. Ja jednak uważam, że się opłaca (o radości z poranków bez pośpiechu pisałam tutaj). Warto zatrzymać na chwilę, wziąć głęboki oddech, zwolnić krok albo poczekać chwilę na dziecko, które rano ociąga się wiążąc sznurówki i nie rozumie dlaczego musi się spieszyć. Dzieci idealnie wyczuwają o co chodzi. Robią wszystko w swoim tempie, czyli w takim, jakie jest dla nich naturalne. Nie umieją się spieszyć, to my im ten pośpiech narzucamy. A życie w szybkim tempie jest fajne na chwilę, ale kiedy staje się to naszą codziennością prowadzi do rozdrażnienia i stresu.

Minimalizm

I na koniec zostawiam sobie jeszcze minimalizm. Łączy się z filozofią zen, pomaga uzyskać flow, świetnie komponuje się z uważnym celebrowaniem chwili i zwyczajnie ułatwia życie.

Mając mniej zadań, za to bardziej istotnych i ważnych dla nas pracujemy lepiej i czujemy większą satysfakcję z pracy. Ważne, żeby umieć ustalić priorytety.

Mając mniej obowiązków łatwiej nam zachować spokój i mieć czas dla siebie. Na pewno nie wszystko musimy robić sami, warto nauczyć się delegować niektóre zadania, zarówno w pracy jak i w życiu prywatnym.

Mając mniej ubrań, za to bardziej dopasowanych do naszych potrzeb nie tracimy czasu na przetrząsanie szafy co rano, żeby rozpaczliwie skompletować jakiś sensowny zestaw.

Mając mniej bibelotów na półkach mamy mniej sprzątania i więcej przestrzeni w domu.

A skoro mowa o sprzątaniu, zachęcam już dziś do rozprawienia się z nadmiarem przedmiotów wokół siebie. Zresztą sama potwierdzam, sprawdzone i zawsze działa:  sprzątanie oczyszcza, nie tylko dom ale też umysł. Ja np. czuję spory przypływ energii po odgruzowaniu choćby szafy z ubraniami albo szuflady ze „arcyniezbędnymi zbiorami różności”. Od razu pojawia się spokój i miejsce na nowe, świeże pomysły.

P.s. O porządkowaniu przestrzeni wokół siebie i artystycznym nieładzie pisałam tutaj.

K.

Follow my blog with Bloglovin

%d bloggers like this: